sobota, 16 września 2017

POLSKIE DOBROCIE czyli moje TOP6 polskich produktów kosmetycznych.



Zachwycone zagranicznymi influencerkami, bardzo często kupujemy produkty, które nie dosyć, że są bardzo drogie, to dodatkowo niekoniecznie służą naszym potrzebą, zarówno jeżeli chodzi o pielęgnację jak i kosmetyki kolorowe. Wydajemy więc masę pieniędzy, a potem odkładamy kupione rzeczy do szafy, bo przecież szkoda wyrzucić. To zachłyśnięcie się zachodem, powoduje, że  zapominamy o tym, jak dobre produkty możemy dostać u naszych rodzimych producentów. Nie testowane na zwierzętach, z dobrym składem i za 1/10 ceny. Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam moje TOP 6 polskich  kosmetyków, które sprawdzają mi się niejednokrotnie lepiej niż te z wysokiej półki.


Zacznijmy od kosmetyków pielęgnacyjnych. Moim numerem jeden, jeżeli chodzi o oczyszczanie skóry twarzy jest olejek Argan Cleansing  Oil z kwasem hialuronowym z Bielendy. Szukałam tańszego zamiennika olejku ryżowego ze Skin79 i będąc na zakupach w Rossmann’ie zauważyłam to cudo. Nie dosyć, że usuwa nawet wodoodporny makijaż, to dodatkowo idealnie nawilża moją buzię. Nie mam po jego użyciu żadnych przykrych niespodzianek, wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że moja cera jest odświeżona i idealnie oczyszczona. A jego cena to mniej więcej 15 zł za 140 ml.
Kolejnym hitem, który odkryłam zupełnie przez przypadek jest odżywczy krem z olejkiem z róży z MIYA Cosmetics i powiem Wam szczerze, że przepadłam. Krem ten nie ma w składzie parabenów, olejów mineralnych , parafiny czy barwników. Ma dosyć zwartą konsystencję, a jednocześnie szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu na skórze. Idealnie sprawdza się pod makijaż. Zazwyczaj kiedy zbliżają mi się `’te dni’, moja skóra zaczyna wariować. Raz jest tłusta, raz za sucha, w okolicach brody często pojawiają mi się niespodzianki, zresztą na pewno wiecie jak to jest ;). Ten krem w tych trudnych warunkach, uspokaja moją skórę, nałożony grubszą warstwą na noc, działa cuda. Wstaję rano i moja buzia jest w niemalże doskonałym stanie. Jego pojemność to 75 ml, a cena około 30 złotych. Mam również wersję z olejkiem kokosowym, natomiast nie jest ona tak dobra jak ta, o której piszę. Po prostu musicie spróbować! :)
Ostatnią rzeczą o której chce Wam powiedzieć jest Żel pod prysznic lotus flower/aloe z Pro Skin Laboratory. Właściwie nie nazwałabym tego żelem, jest to raczej olejek o niesamowicie kuszącym zapachu, dzięki któremu moja skóra nie potrzebuje dodatkowego nawilżenia. Może wiecie, albo i nie, że choruje na niedoczynność tarczycy. Wiąże się to z wiecznie przesuszoną skórą, której nie jestem w stanie dostatecznie nawilżyć. Przejeżdżając po nodze paznokciem, zostawały mi ślady, jakby ktoś próbował mnie pociąć nienaostrzonym nożem. Nieestetyczne, a do tego bolesne. Miesiąc temu będą na zakupach, zobaczyłam ten produkt i postanowiłam wypróbować. Nie będę ukrywać, że wpływ na tą decyzję miała jego pojemność ( aż 750 ml) i pompka, która dla posiadaczy kabiny prysznicowej jest wybawieniem. Nie spodziewałam się po nim niczego szczególnego. Ot co kolejny specyfik, który chwilę będzie ładnie pachniał. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wychodząc spod prysznica, miałam super nawilżoną skórę, a rano, nadal otulona byłam zapachem. Sam produkt ma oleistą konsystencję, jest mega wydajny i daje radę mojej atopowej skórze. Koszt to mniej więcej 15 zł.


Z kosmetyków kolorowych, mogę polecić Wam trzy produkty, bez których nie wyobrażam sobie mojego codziennego makijażu. Jeżeli nie poznaliście i nie polubiliście się jeszcze z firmą Bell, to nie wiem na co czekacie. Kiedy moja mama opowiadała mi jakiś rok temu o ich produktach, byłam dosyć sceptycznie nastawiona. W końcu co może zaproponować mi kosmetyk za 15-20 zł ? Pewnego dnia otrzymałam od Niej krem CC, a dokładniej CC Cream Make-Up. Odłożyłam go na półkę i czekałam ( teraz sama nie wiem na co?!). W końcu nadszedł ten dzień, dzień, który odmienił moje zdanie na temat niskopółkowych kosmetyków kolorowych. Jestem bladziochem, więc używałam koloru 01, który idealnie wpasował się w odcień mojej skóry. Jest zarazem lekki, ale też doskonale maskuje to czego nie powinno być widać. Jego konsystencję porównałabym do niezsiadłego budyniu. Nie przychodzi mi nic innego do głowy ;). Dobrze się z nim pracuje, niezależnie od tego czy robicie to palcami, pędzlem czy też gąbeczką. Zostaje na skórze praktycznie cały dzień, a pamiętajcie, że mam cerę mieszaną. Kosztuje coś koło 20 zł, a zachowuje jak kosmetyk z wyższej półki. No i dodatkowo jest nasz, polski. Pozostając przy firmie Bell, przejdę do makijażu ust, bo ich matowe pomadki stworzone we współpracy z Marceliną Zawadzką są po prostu boskie. Do wyboru mamy sześć odcieni : Florence, Warsaw, Las Vegas, San Francisco, Berlin i Sydney. W kolekcji królują zarówno odcienie różu, czerwieni jak i nudziaki, które są moim zdecydowanym faworytem. Osobiście posiadam dwa kolory:  01 Florence, który najbardziej kojarzy mi się z nugatowym odcieniem brązu, oraz 05 Berlin, czyli szarość połączona z fioletem. Bardzo podobny, ale nieco zimniejszy zamiennik to GR numer 10. Pomadki te są w pełni matowe. Szybko zastygają na ustach, jednocześnie nie wysuszają ich i noszą się komfortowo cały dzień. Przepięknie pachną i kosztują grosze. Wisienką na torcie, a jednocześnie ostatnią rzeczą jest tusz do rzęs Curling Pump Up Mascara z Lovely. Jestem posiadaczką krótkich, prostych rzęs, które ciężko jest okiełznać. Zazwyczaj używane przeze mnie tusze, albo nie robiły nic szczególnego, a jak już coś tam im się udało to strasznie się osypywały. Nie ma chyba nic gorszego niż panda pod oczami, kiedy rozmawiasz z klientem, a On patrzy na Ciebie z politowaniem. Maskara z Lovely jest inna. Nie od razu się polubiłyśmy. Najpierw musiałyśmy się poznać, a potem przyszła miłość ;). Nie dosyć, że podkręca moje rzęsy, bez użycia zalotki, to mam wrażenie, że bardzo je wydłuża. Silikonowa szczoteczka jest precyzyjna i dociera wszędzie tam gdzie powinna. Zużywam już trzecie opakowanie i na pewno nie będzie ono ostatnim. 




To już wszystko , jeżeli chodzi o moich polskich ulubieńców. Chciałabym jednak zwrócić Waszą uwagę na bardzo fajną akcję, która wspiera rozwój Polskich firm i stara się je promować, tak aby każdy z Nas dowiedział się, że posiadamy na rynku mnóstwo dobrych jakościowo produktów. 590 powodów od strony konsumenta, przede wszystkim uczy jak rozpoznawać czy dany produkt jest naszym rodzimym, czy też nie. Jeżeli nie wiecie, to każda rzecz, która została wyprodukowana w Polsce rozpoczyna się kodem kreskowym 590. Dzięki tej wiedzy, my jako odbiorcy, możemy jednocześnie kupować i zachwalać posiadane przez Nas dobra, jak i wspierać Polską gospodarkę. Mamy bowiem w czym wybierać i należy się tym chwalić! Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej o tej akcji, albo jesteście Polskim wytwórcą, zapraszam Was serdecznie na stronę https://590powodow.pl 



A Wy, zwracacie uwagę na to co kupujecie? Jakich polskich produktów używacie?

6 komentarzy :

  1. Chętnie przetestuje tą Bielende :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie polecam :) nie myślałam nawet, że produkt za kilkanaście złotych będzie się tak fantastycznie sprawdzał :)

      Usuń
  2. Muszę w końcu przetestować te pomadki z Bell, czytałam już wiele recenzji i są bardzo zachwalane :)
    Mój blog

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie polecam! Jak je przetestujesz daj znać, czy Ci się sprawdziły :)

      Usuń
  3. Jakiś czas temu wygrałam całe pudełko kosmetyków z Bell i to właśnie tych hypoallergicznych, co promuje Marcelina Zawadzka. Tylko wciąż czekam na przesyłkę, bo do siostry przekazałam. Ale dobrze wiedzieć, że pomadki dobrze się sprawdzają :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluje wygranej :), mam nadzieję, że Tobie też się sprawdzą, bo chyba nic nie cieszy tak bardzo jak otrzymanie czegoś co Nam odpowiada ;)

      Usuń

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.